Na całym świecie spada podobno czytelnictwo prasy. Polska nie jest tu wyjątkiem i choćby z tego powodu uważam, że rodzimi dziennikarze winni są wdzięczność pakistańskim terrorystom. Zabójstwo krakowskiego inżyniera dostarczyło medialnej pożywki na kilka dobrych dni, w szczególności powinny cieszyć się tabloidy, które mogły przyciągać czytelników nagłówkami w stylu “bydlaki”, “dranie” czy “zwyrodnialcy”. Zawsze to jakaś odskocznia od analizowania życia łóżkowego Kazimierza Marcinkiewicza. Ponieważ szkoda marnować tak widowiskowe morderstwo, od razu pojawili się też chętni do dyskontowania wydarzenia, które przede wszystkim jest rodzinną tragedią i moim zdaniem nie powinno stawać się niczym więcej.
Przemówili więc na forach internetowych co bardziej radykalni opozycjoniści, którzy zaczęli winić obecny rząd o fiasko negocjacji z terrorystami. Pojawiły się argumenty o nieudolności, wróciły zarzuty o zbyt miękką dyplomację itd. Mściwe nastroje przypominają trochę sytuację, którą Stany Zjednoczone przerabiały przy okazji porwania amerykańskich dyplomatów w Iranie w roku 1979. Administracja prezydenta Jimmy’ego Cartera była powszechnie oskarżana o zbyt ugodowe prowadzenie polityki zagranicznej, co, według wielu, miało zachęcić irańskich radykałów do porwania 52 dyplomatów. Opinia publiczna nie wydawała się zainteresowana wyjaśnieniem motywów porywaczy, uprowadzenie błyskawicznie zinterpretowano w powszechnym mniemaniu jako przejaw wrogości wobec Ameryki.
Cele Irańczyków były tymczasem nieco bardziej prozaiczne. Po rewolucji islamskiej, która wyniosła do władzy ajatollaha Chomeiniego, dotychczasowy przywódca Iranu, szach Mohammad Reza Pahlavi, uciekł z kraju i uzyskał azyl w Stanach Zjednoczonych. Islamscy radykałowie domagali się jego wydania przez rząd amerykański, a zakładnicy mieli być ich kartą przetargową. Oczywiście, Amerykanie całe wydarzenie odczytali bardzo honorowo, bo przecież porwanie dyplomaty jakiegokolwiek kraju to dość poważna sprawa, a co dopiero uprowadzenie 52 dyplomatów i to z najważniejszego kraju bloku zachodniego.
W listopadzie 1980 r. odbywały się w USA wybory prezydenckie, w których startowali urzędujący prezydent Jimmy Carter (demokrata) i dość przeciętny aktor Ronald Reagan (republikanin). W okresie wyborczym zakładnicy w dalszym ciągu byli przetrzymywani w Iranie, co zdaniem wielu ameryakńskich komentatorów z tamtego czasu niezbicie dowodziło nieskuteczności administracji Cartera. W wyborach społeczeństwo poparło Reagana, który jako republikanin kojarzył się powszechnie z bardziej zdecydowanym działaniem niż grzęznący w subtelnych dywagacjach dotychczasowy prezydent.
Ronald Reagan jest postacią, o której w Polsce nie wypada źle mówić, bo w końcu był to prezydent, który “sfinansował Solidarność”. Pomijając jednak jego poparcie dla obalenia komunizmu w Europie Wschodniej, trzeba przyznać, że Reagan był wprawdzie marnym aktorem, ale prezydentem jeszcze gorszym. Jego wizja społecznej obyczajowości była obliczona na cofnięcie kraju w lata 50. Bezrefleksyjny libertarianizm, jaki wyznawał sprawdził się na krótką metę, choć nie będzie przesady w stwierdzeniu, że Reagan ponosi znaczną część winy za aktualny kryzys gospodarczy. Do tego dochodzi używanie CIA do dokonywania przewrotów politycznych w Ameryce Południowej.
Ostry kurs polityki zagranicznej zaspokaja potrzebę sprawiedliwości społecznej w obliczu kryzysu dyplomatycznego, ale traktowanie innych państw z góry i próba dyktowania warunków na ogół się nie sprawdza. Nie bez powodu zresztą wśród pożądanych wśród dyplomatów cech wymienia się takt i delikatność. Tych cech pozbawiony był Reagan i pozbawieni ich są też ci, którzy najmocniej dziś krytykują obecny rząd mówiąc o nieudolnej polityce “na kolanach”. Historia ostatnich trzydziestu lat uczy jednak, że powierzanie sterów państwa aktorom (czy to dorosłym, czy dziecięcym) nie wychodzi społeczeństwom na dobre. Warto o tym pamiętać przy okazji kolejnych wyborów, które niedawną śmierć inżyniera jeszcze pewnie zagospodarują.
Filed under: Uncategorized , Jimmy Carter, Ronald Reagan, Iran
Ponowne uruchomienie blogu stało się faktem. Przyczyn było kilka. Przede wszystkim, od jakiegoś czasu brakowało mi mniej lub bardziej regularnego tworzenia swojego kawałka Internetu. Inna sprawa jest taka, że nadal uważam Stany Zjednoczone za najbardziej fascynujący kraj na świecie, a wiem, że nie jestem w tym odosobniony. Mimo że blog nie był aktualizowany od grudnia 2007 (sic!) oglądalność była stosunkowo wysoka. Będę miał, dla kogo pisać. Zdecydowałem się na radykalne pożegnanie z wszystkimi czterema archiwalnymi wpisami, które ukazały się przez ostatni rok. Niniejszym rozpoczynam pisanie na nowo (który to już raz?).
Oddźwięk